Nie przepadam za polską muzą, może dlatego, że wolę śpiewy czynione w raczej niezrozumiałym dla siebie języku. Mniej przeszkadzają mi w robocie. pewnie także dlatego, że po angielsku każda zaśpiewana głupota brzmi dobrze.
Chłopaki z Mysłowic nie śpiewają głupot. Nigdy nie śpiewali, ale też nigdy nie byłem ich fanem.
Kiedy pierwszy raz ich zobaczyłem na poczatku lat 90′ w regionalnej tv, wydali mi się dość dziwaczni, zwłaszcza Rojek wyginający się jakby był z plasteliny, zachowujący się w dość charakterystyczny sposób. Nie dało się ich zapomnieć. Jakiś czas potem dowiedziałem się, że znajoma, opiekująca się klubem studenckim „Straszny dwór” w kampusie studenckim, w Katowicach Ligocie, organizowała im pierwsze koncerty. Jeszcze więcej czasu potem, byłem katowany przez sąsiada w Akademiku puszczaną na okragło płytą „Miłość w czasach popkultury”. To był ten album po którym, przynajmniej w moim przekonaniu, Myslovitz zrobili potężny skok od zespołu z prowincji do ulubieńców mediów i wogóle wszystkich. Odtąd poruszają się gdzieś na krajowych wyżynach, ponad toną chłamu poniżej, balansując pomiędzy klimatami Oasis z jednej strony i Radiohead z drugiej. Ciesze się, że odnieśli sukces, ale… nie pasują do tego kraju.
Nadal też nie jestem ich fanem.
Ale jak słyszę ten kawałek to cierpnie mi skóra. Natrafiłem na niego znowu, ostatnio w necie, wsłuchałem się w słowa tekstu i pomyślałem; „zaraz…to przecież pasuje dlo Blera!” Tak też trafił na ten hipotetyczny sountrack.


